Start Myśl Polska Jan Engelgard: O Wincentym Witosie…

Jan Engelgard: O Wincentym Witosie…

21 stycznia mija 140. rocznica urodzin Wincentego Witosa, jednego z najwybitniejszych polityków polskich XX wieku, wymienianego na równi z Romanem Dmowskim, Józefem Piłsudskim, Wojciechem Korfantym, Władysławem Sikorskim. Dla przypomnienia krótki życiorys Witosa:


„Wincenty Witos (ur. 21 stycznia 1874 w Wierzchosławicach koło Tarnowa, zm. 31 października 1945 w Krakowie) – polski polityk, działacz ruchu ludowego, czterokrotny premier Rzeczypospolitej Polskiej. Od 1895 w Stronnictwie Ludowym, w latach 1908–1914 poseł do galicyjskiego Sejmu Krajowego, od 1909 do 1931 wójt Wierzchosławic.

 

 

Poseł do austriackiej Rady Państwa (1911–1918), od 1914 w PSL „Piast” (prezes ugrupowania w latach 1918–1931) i w Naczelnym Komitecie Narodowym, później w Lidze Narodowej (1917–1918) i Polskiej Komisji Likwidacyjnej (1918–1919) Od 1919 poseł na polski Sejm.Trzykrotnie sprawował funkcję premiera (od 24 lipca 1920 do 13 września 1921, od 28 maja 1923 do 14 grudnia 1923 i od 10 maja 1926 do 14 maja 1926), jego rząd został obalony w wyniku przewrotu majowego. W latach 1929–1930 jeden z przywódców Centrolewu. W 1930 aresztowany przez władze sanacyjne, osadzony w twierdzy brzeskiej, oskarżony w tzw. procesie brzeskim o przygotowywanie zamachu stanu, skazany na 1,5 roku więzienia, udał się na emigrację do Czechosłowacji. Do kraju powrócił tuż przed wybuchem II wojny światowej, po jej rozpoczęciu internowany przez Niemców, odrzucił propozycję utworzenia rządu kolaboracyjnego. Po wojnie powołany na wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Narodowej (nie podjął obowiązków), w 1945 prezes nowo powstałego Polskiego Stronnictwa Ludowego” (Wikipedia).


Wydawać by się mogło, że w obecnej Polsce Wincenty Witos będzie zaliczony do grona bohaterów i twórców Polski Niepodległej. Tak do końca nie jest. Obecna Polska bowiem stara się za wszelką cenę być spadkobierczynią Polski sanacyjnej. Dlatego po dziś dzień nie unieważniono wyroków brzeskich, a Order Orła Białego, przyznany Witosowi przez władze niepodległej Polski w 1921 r., rodzina odzyskała dopiero w 2011 roku! Pisałem o tej sprawie w „Myśli Polskiej”. Oto fragment tamtego tekstu:


„Po tzw. procesie brzeskim i skazaniu Witosa w pokazowym procesie politycznym, w 1932 roku policja zwyczajnie skonfiskowała Witosowi Order. Jemu, trzykrotnemu premierowi, człowiekowi, który w sierpniu 1920 uratował twarz i karierę Piłsudskiemu nie nadając biegu jego dymisji z funkcji Naczelnego Wodza złożonej na jego ręce w dniu 12 sierpnia 1920 roku. Dodajmy tylko, że podczas zamachu majowego oficerowie Piłsudskiego włamali się do szafy pancernej premiera Witosa szukając odpisu tego dokumentu. Order Orła Białego przywrócił Witosowi rząd gen. Władysława Sikorskiego po 1939 roku, ale fizycznie nigdy do tego nie doszło. Teraz ma go odzyskać rodzina Witosa.


Powiemy – lepiej później niż wcale, ale jest to tylko niewielki postęp. To zaledwie maleńki akt symboliczny. Tymczasem – co jest nie do pojęcia – wyroki brzeskie nadal obowiązują. PSL już co najmniej dwa razy wnosiło w Sejmie o ich unieważnienie i za każdym razem, i PiS, i PO – solidarnie to blokowały. Zablokowały też uchwałę mającą upamiętnić ofiary zamachu majowego (przypomnę – było ich 379). Dla władz III RP politycznymi zbrodniarzami są nadal i Witos, i Korfanty, i Kiernik, i Barlicki”.


Wincenty Witos, o czym często się zapomina, był w latach 1917-1918 członkiem tajnej Ligi Narodowej, która koordynowała politykę polską w czasie I wojny światowej. Narodową Demokrację uznawał za głównego sojusznika ludowców, w przeciwieństwie do infiltrowanego przez piłsudczyków PSL „Wyzwolenie”. Owocem współpracy obozu narodowego i ludowego były dwa rządy w II RP (w 1923 i 1926). Podstawą współpracy był tzw. pakt lanckoroński z 1923 roku, w którym zawarto podstawy programowe sojuszu polskiej większości, w tym zapis o reformie rolnej. Zdecydowanym zwolennikiem strategicznej współpracy ND i PSL „Piast” był Roman Dmowski, który już w 1919 roku domagał się zawarcia sojuszu z partią Witosa. Współpraca ta była śmiertelnym zagrożeniem dla lewicy i piłsudczyków i została brutalnie przerwana przez zamach majowy. Był on zorganizowany przeciwko ND i PSL „Piast”. Potem Witos został dla władz sanacyjnych zwykłym przestępcą i banitą.


Politycy zostawili sporo wspomnień o Witosie. Z reguły przebija w nich podziw dla jego dla talentu politycznego, wrodzonej inteligencji, dla bezinteresowności i zdolności poświęcania interesu grupowego w imię interesów całości a także powagi i majestatu, jaką emanował przywódca polskich chłopów.


Poniżej fragment wspomnień Kazimierza Fudakowskiego, ziemianina, polityka Narodowej Demokracji, przyjaciela Romana Dmowskiego. To bardzo charakterystyczny głos przedstawiciela warstwy ziemiańskiej, która przecież raczej obawiała się postulatów programowych ruchu ludowego:


„O Witosie mogę tylko powiedzieć, po wielu latach obserwacji, że była to postać wyłowiona z masy naszego ludu. Postaram się dać także jego obraz, jakim go widzę dziś, a nie przed z górą trzydziestu laty. Była to, mówiąc obrazowo, potężna bryła polskiego podglebia, na naszych oczach wyorana i przekształcająca się w urodzajną glebę. Wszystkie elementy, zarówno dodatnie, jak i ujemne, gleby rodzimej w nim tkwiły w stanie potencjalnym, z tym też niezwykły był proces ich uaktywniania i przeobrażania w glebę urodzajną.


Był to małorolny gospodarz, wyrosły w atmosferze coraz cięższych stosunków wiejskich w Małopolsce, spowodowanych z jednej strony szybkim karłowaceniem gospodarstw, brakiem ujścia w innych zawodach, bezrobociem na wsi i emigracją, z drugiej zaś tanią propagandą polityczną i parlamentarną demagogią w zaborze austriackim, która podsycała i rozdmuchiwała przeciwieństwa klasowe. Wykształcenia posiadał tyle, ile mu dać mogła szkoła wiejska, było więc ono co najmniej skąpe. Mimo tych braków zdumiewała w nim zdolność rozumienia rzeczy, czyli, w moim rozumieniu, najprawdziwsza inteligencja. Wybrany na posła do parlamentu i na wodza Stronnictwa Piast, w końcu na przewodniczącego polskiej grupy parlamentarnej w Wiedniu, dosłownie w biegu uczył się, chwytał wiedzę, skądkolwiek napływała. Na czytanie książek miał mało czasu, uczył się więc, patrząc, słuchając, przetrawiając usłyszane.


Fenomenalna w nim była zdolność trawienia w zdrowym chłopskim sądzie wszystkiego, co mu do mózgu i głowy napływało. Co inni zdobywali, ślęcząc nad książkami i pyszniąc się potem swą „inteligencją”, udokumentowaną dyplomami szkolnymi, on zdobywał własnym samodzielnym wysiłkiem mózgowym, szczuty obawą, że go ktoś przyłapie na nieuctwie. Stąd ostrożność w sądach, niezwykła oszczędność w słowach, nieufność w zetknięciu z patentowanym inteligentem. Gdybyż tę inteligencję stanowili ludzie o typie Stefczyków, Bujaków i Pigoniów i wielu innych, którzy wielkością swych charakterów, umysłów i dokonanej pracy dla kraju tworzyli elitę polskiej warstwy oświeconej, nieufność byłaby nieuzasadniona. Ale otaczały go różne typy wyrwane duchowo i obyczajowo ze swego ludowego środowiska, dorabiające się za wszelką cenę kariery materialnej lub społecznej na karkach masy ludowej. On je znał na wylot i odpowiednio oceniał. Wysuwany przez jednych, wygrywany przez drugich, zajął wreszcie najwyższe stanowisko szefa rządu w państwie. Była obawa, że wzorem innych parlamentarzystów wiedeńskich utknie na poziomie „garkuchni” parlamentarnej, gotowej pogrążyć i utopić każde zagadnienie w mętnej wodzie parlamentarnych chwytów. Niejeden (początkowo także i ja) z nieufnością pytał, czy stać go będzie na mierzenie podstawowych zagadnień państwowych, gospodarczych i społecznych inną miarą, jak czysto klasową i chłopską.


Dziś, po tylu latach, stwierdzam, że Wincenty Witos ten ciężki egzamin zdał. Odrzucam wszystkie płytkie i powierzchowne o nim sądy, w których jego buty z cholewami i koszula bez krawata taką rolę odgrywały. Były to często sądy owej patentowanej „inteligencji”, z której utworzono klasę społeczną, sądy snobów towarzyskich i umysłowych, kulturalnych i obyczajowych. Wyprzedziwszy niepomiernie swe środowisko, musiał się z nim liczyć. Sam nieufny, znał nieufność rodzimego otoczenia, czułego na wszelkie pozory. Jako szef rządu, w zetknięciu z odpowiedzialnością za całość, poznał mechanizm tej całości, która bardzo przerastała interesy klasowe. I uczył się, a żadnej nauki nie marnował, przeciwnie, zbrojny w odwieczną mądrość zdrowego chłopskiego rozumu, nawarstwioną przez wieki we współżyciu z ludźmi i ziemią, każdą naukę odważał z początku na szali dobra ludowego, a potem na wadze dobra ogólnego i stopniowo zrozumiał, że po to, by rządzić państwem, nie wystarczy być chłopem, robotnikiem i w ogóle klasowcem", reprezentującym choćby najliczniejszą część narodu, ale by ponosić odpowiedzialność za Polskę, za całość narodu i kierować jego losami, trzeba być przede wszystkim pełnowartościowym Polakiem.


Równocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że droga wiodąca nas do historii jest długa, gdy prowadzi do narodowego uświadomienia przez szczeble oświaty, albo – skrócona, gdy szkołą są przeżyte przez naród nieszczęścia i wstrząsy. Dlatego w ostatniej swej odezwie, wydanej przed śmiercią do ludu polskiego, po zakończonej wojnie z Niemcami i pierwszym zetknięciu się z władzami komunistycznymi wzywa go, by przede wszystkim poczuł się Polakiem, odpowiedzialnym za losy narodu, a potem dopiero chłopem klasowcem. I to był jego ideowy testament. Wydaję mój sąd o człowieku, o polityku wyda sąd historia” (cyt. K. Fudakowski, „Między endecją a sanacją. Wspomnienia ziemianina”, Kraków 2013, ss. 183-185.)


Jan Engelgard

Komentarze

Imię/nick *
URL
Kod   
Wyślij komentarz