Start Myśl Polska Jan Dobraczyński: Dmowski i katolicyzm

Jan Dobraczyński: Dmowski i katolicyzm

Poniżej prezentujemy praktycznie nieznany współczesnemu czytelnikowi tekst Jana Dobraczyńskiego poświęcony Romanowi Dmowskiemu. Został on wydrukowany w tygodniku „Dziś i Jutro” (pismo wydawane przez Bolesława Piaseckiego) w 1947 roku, kiedy dyskusja na temat polskiej historii i polityki toczyła się jeszcze w miarę bez przeszkód. Lewica marksistowska zaatakowała w tym czasie tradycję narodową i samego Romana Dmowskiego oskarżając go m.in. o to, że jest „ojcem NSZ”.


Dobraczyński, polemizując z tymi głosami,  przedstawia sylwetkę ideową twórcy Narodowej Demokracji. Jest to jedna z bardziej oryginalnych i fascynujących interpretacji dorobku Dmowskiego.


Przemówienie Aleksandra Bocheńskiego w sejmie rozpoczęło dyskusję prasową wokół osoby i twórczości Romana Dmowskiego. Szkoda, że odbywała się ona w atmosferze wrogości i niepojętej wprost nieznajomości zarówno postaci autora „Myśli nowoczesnego Polaka" — jak i jego poglądów. Ten, który przez lata cale obrzucany był błotem i wyzwiskami, jako „rusofil”, ten, który jedynie konsekwentnie i zawsze walczył o porozumienie z Rosją i z Czechami, zaś przeciwstawiał się wszystkimi siłami jakiemukolwiek zbliżeniu z Niemcami, został przez domorosłych pisarzy nazwany „ojcem NSZ”, lub „patronem emigracji londyńskiej”. — Szkoda, naprawdę szkoda, że książek Dmowskiego nie czytują ci przynajmniej, którzy chcą o nim pisać!


Dmowski był jednocześnie politykiem i myślicielem (nie chcę używać wyświechtanego wyrażenia: wychowawca narodu, choć był nim niewątpliwie), jako polityk mógł się mylić, mylił się i dziwne by było, gdyby się nie mylił. Tym niemniej jaką by była polityka Dmowskiego, naprawdę niewiele wiemy, ponieważ tylko przez kilka miesięcy był ministrem spraw zagranicznych w koalicyjnym rządzie zaś partia, której był filarem, nigdy władzy w swym ręku nie posiadała. Wystąpień opozycyjnych stronników Dmowskiego nie można uważać za konkretny program. Program określa i wciela ta tylko grupa, której danym jest swe plany realizować.


O poglądach Dmowskiego dowiedzieć się możemy nie z takich, czy innych wystąpień jego adherentów, ale z jego własnych książek. Wiemy np., że w 1919 r. był zwolennikiem nierozdrabiania Niemiec, podobnie jak dziś Rosja — ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że to rozdrobnienie stanie się bodźcem dla nacjonalizmu niemieckiego. Żądał granicy polskiej daleko bardziej posuniętej na zachód, niż granica ustalona w Wersalu — ponieważ myślał, podobnie jak my dziś myślimy, że nie można pozwolić, aby germanizm karmił się krwią żyjących wciąż jeszcze na Nadodrzu Słowian. On, a nie kto inny ostrzegał w 1931 przed niemieckimi projektami „krucjaty" na Rosję, on pisał:


„Politycy niemieccy żyją pojęciami o Polsce i Polakach, bardzo dalekimi od rzeczywistości. I byłoby dobrze, gdyby się zdecydowali je zrewidować, bo jeżeli będą w nich uparcie trwali, może wymknąć z tego wielkie nieszczęście dla całej Europy, które nie będzie najmniejszym dla Niemiec...".


Przed ośmiu laty Warszawa była świadkiem zdumiewającego pogrzebu. Nikt z tych, kto wówczas żył w Warszawie, nie zapomni tego szarego, mroźnego dnia styczniowego, gdy wyruszył z katedry wielotysięczny pochód, by odprowadzić na Bródno poprzez ugarnirowane mundurową i tajną policją Nowy Zjazd i most Kierbedzia – prostą, skromną trumnę człowieka, który był – co tu dużo mówić – człowiekiem na miarę geniuszu. Człowiek tego pokroju, jakim był Roman Dmowski, gdyby się był urodził we Francji czy w Anglii, byłby człowiekiem  wielbionym przez cały świat. Niestety, skromna pozycja polityczna Polski, zwłaszcza tej Polski „nieistniejącej” sprzed pierwszej wielkiej wojny, nie była właściwą ramą dla Dmowskiego. Znacznie gorzej, że sami Polacy nie umieli wielkości Dmowskiego ocenić.


Lecz o Dmowskim właśnie czym więcej się oddalamy od dnia jego śmierci i z czym większej perspektywy ogarniamy jego postać, powiedzieć możemy tylko jedno: to był człowiek na miarę historii. Jakżeż by inaczej wyglądała polityka polska, iluż tragicznych błędów byłaby uniknęła, gdyby on żył i mógł pełnić funkcję, do której był zrodzony, a której nigdy nie danym mu było pełnić — być kanclerzem Rzeczypospolitej! Nie byłoby na pewno wówczas groteskowych figur Becków czy Rydzów, nie byłoby polityki „lawirowania”, wizyt w Bertchesgaden, by w końcu tylko w obawie o własną popularność ulec żądaniu ulicy, która jedna jedynie wówczas rozsądna wiedziała, że wojna może być tylko przeciw Niemcom


Że byłoby inaczej, że byłoby lepiej — o tym nikt dziś nie wątpi. Nie wątpi o tym znowu ta ulica, ten szary, zwykły człowiek, który w sierpniu zmusił Rydza do przyjęcia narzuconej wojny, który bronił Warszawy, który trwał przez sześć prawie lat okupacji z nieustępliwą wytrwałością, który krwawił się na barykadach stolicy, a który przedtem, w porywie spontanicznego, przez nikogo nie nakazywanego żalu odprowadzał na Bródno ciało Dmowskiego. Ten dzień był niespodzianką dla wszystkich, a chyba także i dla kierowników ruchu narodowego. Po raz pierwszy może przekonali się bowiem, że jeśli polityka Dmowskiego nie zwyciężyła, to zwyciężyła przecież jego myśl.


Mówi się o Dmowskim jako o polityku. Ale Dmowski jest przede wszystkim myślicielem. O roli politycznej Dmowskiego będzie się mówiło wiele zwłaszcza dziś, gdy realizują się przepowiadane przez Dmowskiego zmiany w Europie. Będzie się o niej mówiło, gdy życie, którego bieg kazał Dmowski bacznie śledzić, twierdząc, że polityka to nic innego, tylko wykorzystywanie przemian ustrojowych, stworzy rzeczywistość, której wyrazem musi być sojusz Słowiańszczyzny, pomimo wszystkich oporów z zewnątrz i zwłaszcza pomimo oporów z wewnątrz. Byłoby śmieszną strusiowatością twierdzić, że żadnych oporów nie ma. Opory są — jak istniały od stuleci — lecz w ich przezwyciężeniu leży przyszłość Europy, jeśli nie przyszłość całego świata.


O tym się mówić będzie i wielka postać Dmowskiego nie zniknie z areny politycznej świata, choć sam Dmowski spoczywa od ośmiu lat z górą na cmentarzu bródzieńskim. O czym innym trzeba mówić, o roli jaką odegrała myśl Dmowskiego w historii myśli polskiej.


Przed czterdziestu czterema laty ukazały się „Myśli nowoczesnego Polaka”. Zawierały one nie wyznanie wiary, ale garść wątpliwości rzuconych w świat jednocześnie z siłą młodości i z siłą rozwagi dojrzałego, choć nieskończonego człowieka. Dmowski bowiem nie zaczął i nie skończył swej działalności napisaniem „Myśli”. Tęgi umysł, w którym zamiłowanie do ścisłego myślenia i do tworzenia przyrodniczo-konkretnych obrazów ścierało się z porywami tego tak niezaprzeczalnie polskiego romantyzmu, pewnej zadzierżystości ambicji i temperamentu, zdawał sobie dobrze z tego sprawę, że gdyby chciał napisać książkę, będącą — już wówczas — ostatnim jego credo — nie miałby w życiu nic więcej po jej napisaniu do dodania. Nie po to zaś w badaczu wymoczków obudził się polityk, aby swą działalność polityczną z góry pętać sztywno zakreśloną linią doktryny. Choć zrodzony i wychowany w dobie pozytywizmu — w dobie chwalącej się trzeźwością sądów i zdolnością budowania nieugiętych — jakoby — praw, czuł, że nurt życia jest jednak bujniejszy, ba i jakże bogatszy, niż pozorny zarys prawdy, która miała być całą prawdą.


W tym to czasie w pozytywizm uderzyły dwa kierunki myśli i jednały sobie zwolenników, Bergson — ze swym „elan vitale" i Nietzsche ze swą „Wille zur Macht” byli buntownikami — i może więcej artystami niż myślicielami — występującymi przeciwko schematyzowaniu dziejów życia. Obaj jednak nie znali granic — jak prawdziwi artyści, których oszałamia zagrana, własna melodia. Obaj szli na kraniec — pierwszy idąc wprost aż do pogardzenia umysłem ludzkim, drugi — aż do pogardzenia wprost człowieczeństwem.


Dla Dmowskiego ani bergsonizm, ani niczeanizm nie był do przyjęcia. Cokolwiek bowiem by się wydobyło z ust, czy spod pióra Dmowskiego przeciwko katolicyzmowi — Dmowski był katolikiem i myślał w każdej epoce życia po katolicku. Przeczuwał, że życie jest bardziej kolorowe, niż to się wydawać mogło w świecie suchego darwinizmu, przyprawionego w dodatku ateizmem. Człowiek podlega wprawdzie ewolucji — i człowiek tak że płynie na fali przemian. Ale te przemiany nie dokonują się w nim mechanice nie zmuszają go one do walki, do urabiania własnej postawy życiowej, będącej odbiciem i obrazem przewalczonych trudności. Człowiek jest nie takim, jakim go warunki ekonomiczne uczynią. Człowiek jest takim, jakim się w walce z trudnościami, także i życia materialnego, potrafi stać!


To zatrzymanie się na czynnej postawie człowieka wobec życia, bez wpadania w amoralny mistycyzm w stylu autora „Zarathustry” jest właśnie — gotowi jesteśmy o to się spierać — wyrazem katolicyzmu Dmowskiego. „Myśli nowoczesnego Polaka” dlatego atakują z taką surowością bierność charakteru narodowego Polaków, że Dmowskiemu nie jest także obcy renesans myśli katolickiej wyrażający się w postawieniu problemu „letniości” u św. Ignacego lub choćby w syntezach Hello – w jego kapitalnych określanych „l`homme medicore”. Dmowski nienawidzi letniości, której zewnętrznym przejawem jest zawsze bierność. Żąda postawy określonej — gorącej lub zimnej — ale zdecydowanej, popartej najwyższym sprężeniem woli.


W życiu, w którym trwa walka każde go z każdym, zwycięstwo jest warunkiem uniknięcia zagłady. Lecz walka nie tylko niszczy — walka wzbogaca. W walce rodzą się nowe potężniejsze niż po przednio siły. Hartuje się wola, zaś duch ludzki uczy się patrzeć na przeciwności— i na własne słabości — jako na sprawy, których nie usunie żadne cudowne lekarstwo, by potem można było tylko leżeć i odpoczywać — aż do znudzenia. Nie! Człowiek walczący zdaje sobie z tego sprawę, że musi z siebie wykrzesać siły największe, musi przyjąć postawę najgodniejszą i nie łzami, nie oczekiwaniem na cud — ale czynną postawą cud z nieba sprowadzić. „Jeśli umiesz wierzyć — mówi Chrystus — wszystko możliwe jest wierzącemu”. Jeśli chcesz, jeśli pragniesz, jeśli zrobisz to wszystko, czego ta wiara wymaga — wtedy cud się spełni. Wiara uzdrowi, wiara wskrzesi.


Chcielibyśmy mocno tutaj podkreślić, bo w odkryciu prawdy, że Dmowskiego teoria walki, jako „dobroczynnego ognia”, przez który musi przechodzić miękki, skłonny do bezwładu naród, zawiera się odkrycie, iż nie jest ona zaprzeczeniem postawy katolickiej, ale przeciwnie — jej właśnie wypowiedzeniem. Naturalnie to, że życie katolickie ma swoje przypływy i odpływy i że fideistyczny odpływ był żałosną reakcją na ofensywę pozytywizmu — to sprawiło, że Dmowski — w czasie, gdy pisał „Myśli” — nie zawsze trafnie nazywał katolickimi pewne objawy życia. Rozumiał wielką, nieporównaną z niczym rolę Kościoła w życiu Polski. Ale, widząc jednocześnie bierność i życiowe niedołęstwo najbardziej katolickiego narodu w Europie, począł sobie stawać tragicznie prawdziwie pytanie, czy to, co jest najwyższym wykwintem moralności w życiu jednostki, nie jest może jednocześnie zbytecznym balastem — czymś niepotrzebnym, a może nawet szkodliwym w życiu narodu.


Dmowski czuł doskonale, że nadchodzi epoka, w której naród jako więź jednoczącą i ku wspólnym — już nie tylko materialnym i egoistycznie własnym, ale i idealnie ogólnoludzkim celom prowadząca — nabierał specjalnego znaczenia. Później w broszurce „Kościół, naród i państwo” Dmowski zwróci uwagę — nauczony doświadczeniem powojennym — na to, że  „w  narodach  katolickich zaczyna się zjawiać nowa wiara w siebie, w swe siły, w swą rolę dziejową, w swe posłannictwo”. Naród, tak jak i człowiek, musi wypowiedzieć się w walce. Nie ma bowiem możności ucieczki od walki. I nie ma innego   kształcącego  oblicza  narodu  czynnika dziejów.


Już św. Augustyn pisał w swym „De civitate Dei”: „jedni rodzą się z ruiny innych, zwyciężeni zostają pożarci przez zwycięzców – oto jest porządek rzeczy doczesnych”.


Czyż jednak człowiek w walce o własną osobowość, może i powinien się trzymać zasad Prawdy Objawionej, natomiast ten sam człowiek — jako członek narodu walczącego o prawo do życia i do własnej osobowości — musi się uciekać do łamania zasad Dekalogu? Tu właśnie leży ciężar problematyki „Myśli". Dmowski stawia to pytanie i daje na nie pośrednio odpowiedź. Oku ścisłego obserwatora ujść nie może prawda, że narody postępujące nieetycznie, jak Prusy, jednak do dobrobytu i potęgi doszły, stworzyły więc dla siebie warunki, które im umożliwiły dalszą walkę o postawę idealistyczną. Czy jednak potrafią ją zdobyć? Czy zdolne będą zbudować to, co same poprzednio zwaliły?


„Myśli” są zrębem światopoglądu, z którego w 24 lata później powstanie ,,Kościół, naród i państwo”. I gdy Dmowski powiada, że „naszym zadaniem, jako członków narodu, nie jest zapewnianie mu wiecznego istnienia, ale tylko wydobycie z niego jak największych sił, wywalczenie mu jak najszerszego, najbogatszego i pod każdym względem najpełniejszego życia” — to pisząc przedmowę do czwartego wydania „Myśli” (w 1939 r.) powie już całkowicie wyraźnie, że: „trzeba odbudować duszę narodu... trzeba zacząć od wytępienia chwastów moralnych i umysłowych zanieczyszczających polską duszę... Chcąc mieć Polskę, trzeba przede wszystkim przeprowadzić ostrą  walkę  o uzdrowienie jej duchowe…”.


I to jest w myśli Dmowskiego istotne. Było dla niego rzeczą zupełnie jasną, że rzucone przezeń odpowiedzi „na męczące zagadnienia naszej rzeczywistości” przeżyją i przeżyć muszą wewnętrzną ewolucję. Dmowski nigdy się nie wstydził przyznać do popełnionych błędów i nigdy nie uważał swej wypowiedzi za coś ostatecznego. Szedł naprzód, drążył nieznane skalpelem myśli. Był politykiem, lecz bardziej jeszcze był badaczem. Chciał znać prawdę. Chciał znać prawdę aż do dna ludzkiej słabości. Chciał znać „cenę” moralnej postawy narodu.


To mu pozwoliło wyznań po latach, że  „my... politycy... o ile pragniemy coś stworzyć, budujemy na duszy ludzkiej, na jej właściwościach moralnych”. Kto szuka, znajduje, kto kołacze, widzi wreszcie otwierające się przed nim drzwi. Dmowski szukał całe życie. Nigdy nie powiedział: już wiem wszystko. Zaczął od stwierdzenia, że jesteśmy słabi. Zadał sobie z kolei pytanie: dlaczego tacy jesteśmy? Myśląc o narodzie, sięgnął do człowieka. A ponieważ interesował go człowiek w całym bogactwie jego przeżyć — poprzez człowieka odnalazł Boga. Wtedy przypieczętował to odkrycie, oddaniem się w ręce swego Stwórcy — w drozdowskim dworze...


Jan Dobraczyński

„Dziś i Jutro”, nr 22 (79), 1 czerwca 1947 r., s. 2-3.

Myśl Polska, nr 1-2 (5-12.01.2014)

Komentarze

Imię/nick *
URL
Kod   
Wyślij komentarz