Start Myśl Polska W ślepej uliczce, czyli PiS a Ukraina

W ślepej uliczce, czyli PiS a Ukraina

Jarosław Kaczyński przemawia na kijowskim Majdanie, stojąc obok Ołeha Tiahnyboka, i kończy swoje przemówienie okrzykiem „Sława Ukrainie!”. Odpowiada mu tłum: „hierojam sława”. Kilka dni później przemawia w tym samym miejscu Jerzy Buzek. Przemawia po angielsku, bo to jedyny język godny prawdziwego Europejczyka. Tłum prawdopodobnie nie rozumie co mówi, ale rozumie ostatnie dwa słowa: sława Ukrainie!


Sława Ukrainie – tak krzyczeli podburzeni przez banderowców ukraińscy chłopi na Wołyniu, idąc w nocy palić i mordować swoich polskich sąsiadów. Hierojam sława! Tym hierojam, którzy palili, przebijali widłami, ćwiartowali nożami i siekierami, odcinali kobietom piersi i rozcinali dzieciom brzuchy. Innych hierojów wtedy na Ukrainie nie było. Dzisiaj dopiero propaganda neobanderowska próbuje ich stworzyć w bajeczkach o rzekomych walkach UPA z Niemcami. Takich walk nigdy i nigdzie nie było. Hieroje walczyli tylko z bezbronną ludnością cywilną. I to banderowskie zawołanie „Sława Ukrainie” jest obecnie przywoływane przez dwóch czołowych polskich polityków, reprezentujących w Polsce niby wrogie sobie obozy polityczne.


Dziennikarka TVP Info Maria Stepan, pełna egzaltacji, relacjonuje z kijowskiego Majdanu ubrana w czerwono-czarne barwy, symbol Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – frakcji Bandery (albo Rewolucyjnej). Czerowno-czarne flagi są powszechne na kijowskim Majdanie obok flag Unii Europejskiej. Bardzo ciekawe zestawienie – symbol tzw. zjednoczonej Europy tzw. wolnych i demokratycznych narodów oraz symbol jednego z najbardziej ekstremistycznych ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich Europy XX wieku. Porównań dla banderowców można szukać chyba tylko z chorwackimi ustaszami, bo jednak niemieccy naziści byli zdaje się odrobinę mniej skrajni. Przynajmniej jeśli chodzi o sposoby zadawania śmierci. Dziennikarz „Gazety Polskiej” Dawid Wildstein-junior, też pełen egzaltacji, relacjonuje z tegoż samego miejsca, spośród czerwono-czarnych flag. Pisze, że panuje tam wspaniała atmosfera. Wildstein-junior szczerze przyznaje, że czuje się jak w obozie kozackim. To i tak dobrze, że nie w obozie UPA. Zapomniał tylko Wildstein-junior, że gdyby to był rzeczywiście obóz kozacki, to nie wyszedłby stamtąd żywy. Kozacy, szczególnie w czasie powstania Chmielnickiego, dokonywali bowiem masowych pogromów na Żydach. W 1648 roku zgładzili prawie wszystkich wyznawców religii mojżeszowej, których napotkali na swojej drodze. Na całej Rusi uratowało się wtedy tylko kilkuset Żydów, ocalonych przez księcia Jeremiego Wiśniowieckiego – w dzisiejszej Polsce albo przemilczanego albo opluwanego. Od razu widać, że redaktor Wildstein-junior musiał się uczyć historii w szkole zreformowanej przez Jerzego Buzka.


To wszystko wygląda na jakiś niesamowity obłęd. Na jakiś chocholi taniec ludzi mających ambicję przewodzić narodowi polskiemu lub być jego mentorami. Najbardziej zasmucające jest to, że w Polsce znalazł się tylko jeden człowiek, który publicznie zaprotestował przeciw temu obłędowi i napiętnował polskich polityków za ich występy w Kijowie. Człowiek ten – ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski – stał się do razu obiektem ataku wielu zwolenników PiS, w tym także eurodeputowanego tej partii Janusza Wojciechowskiego. Na prawicowym portalu wPolityce.pl wspomniany europoseł opublikował 8 grudnia swoją krytykę księdza Isakowicza. Zwracam na nią uwagę ze względu na to, że jest to wypowiedź eurodeputowanego i w przeciwieństwie do innych wypowiedzi zwolenników PiS, zamieszczanych w internecie, jest w miarę kulturalna.


Otóż pisze na wstępie eurodeputowany Wojciechowski, że „nie ma sprzeczności między pamięcią Wołynia i popieraniem europejskich dążeń Ukrainy. Wręcz przeciwnie – pamięć Wołynia nakazywała na Majdan pojechać…” Myli się głęboko pan eurodeputowany. Udaje on, że nie wie co znaczy okrzyk „Sława Ukrainie!”, co oznaczają czerwono-czarne flagi i kim jest Ołeh Tiahnybok, w towarzystwie którego przez pierwszą dekadę grudnia obracała się cała rzesza polskich polityków wszystkich opcji. Panie europośle, to nie jest popieranie żadnych „europejskich dążeń” Ukrainy, ale otwarte wsparcie opcji banderowskiej. To jest szczere powiedzenie: nie przeszkadzają nam pomniki Bandery we Lwowie i 17 innych miastach zachodniej Ukrainy, nie przeszkadza nam negowanie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przez politycznych spadkobierców OUN-UPA z partii Swoboda, nie przeszkadza nam perspektywa przejęcia władzy na Ukrainie przez ludzi noszących czerwono-czarne flagi. Nigdy dotąd – nawet w okresie politycznego flirtu Lecha Kaczyńskiego z Wiktorem Juszczenką – polscy politycy nie powiedzieli tego tak otwarcie, że są po stronie opcji neobanderowskiej.


W dalszej części swojego tekstu eurodeputowany Wojciechowski wyjaśnia dlaczego są po stronie tej opcji. Pisze on: „(…) wiemy jakiego rozstrzygnięcia chcemy jako Polacy, wiemy co leży w naszym polskim interesie. Otóż chcemy, żeby Ukraina odspawała się od Rosji i trwale związała z Europą. Wydaje się nam, że tak będzie lepiej dla Ukrainy. Ale jesteśmy pewni, że tak będzie lepiej dla Polski. Tak będzie lepiej dla Polski ze względu na Rosję. Bo Rosja bez podporządkowanej sobie Ukrainy może być jeszcze mocarstwem, ale już nie imperium. A my, życząc Rosji jak najlepiej, nie chcemy, żeby znów stanowiła imperium, bo takie imperium zazwyczaj, a nawet zawsze, jest dla Polski śmiertelnie niebezpieczne. Tak długo, jak Rosja nie ma pod sobą Ukrainy, tak długo i Polski mieć nie może”.


Nic nowego. Tradycyjny zestaw frazesów z kuźni politycznej Jerzego Giedroycia, serwowany w Polsce od prawie 25 lat. Trochę mnie pan eurodeputowany Wojciechowski jednak rozczarował, bo uważałem go za nieco inteligentniejszego i zdolnego do myślenia krytycznego. Ale cóż, pan europoseł też gra na skrzypcach histerii antyrosyjskiej. Krótko mówiąc – żeby powstrzymać Rosję, która lada dzień zaatakuje Warszawę, a może i Brukselę – niech rządzą na Ukrainie nawet banderowcy. I taką Ukrainę przyspawamy do „Europy”, czyli Unii Europejskiej. Notabene dziwi mnie ten entuzjazm pana europosła i innych polityków prawicowych we wpychaniu Ukrainy do Unii Europejskiej. Ja bowiem dobrze pamiętam jak w Radiu Maryja pan Janusz Wojciechowski i inni politycy prawicy nie raz przekonywali, że Unia Europejska Polskę krzywdzi, pozbawia Polskę niepodległości, że jest dla Polski zgubą itd. itp. Dla Polski jest zła, a dla Ukrainy będzie dobra?


Jeśli już wspomniałem antyrosyjską histerię, to zwrócę uwagę na to, że gdy otwierano mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim „Gazeta Polska” ostrzegała przed rosyjską mafią, która zaleje Polskę. Teraz słyszę propozycje, żeby natychmiast znieść wizy dla Ukraińców. I co, ukraińska mafia nas wtedy nie zaleje? A może ona w ogóle nie istnieje? Dla „Gazety Polskiej” istnieje tylko mafia rosyjska, a ukraińska już nie. Wszyscy chyba jednak wiedzą, że niemało jest już w Polsce ukraińskich prostytutek i przestępców. Ale oprócz nich mogą bez wiz przybyć do nas panowie z czerwono-czarnymi flagami, by wznieść pomniki „herojom” z UPA, które i tak nielegalnie wznoszą w okolicach Przemyśla. Może nawet zechcą ustanowić swoją administrację w tych 19 powiatach, których przyłączenia do Ukrainy domagała się deputowana partii Swoboda Iryna Farion. Tych zagrożeń miłośnicy przyłączenia Ukrainy do „Europy” nie widzą?


Pisze dalej pan eurodeputowany: „Zbrodnie wołyńskie były najstraszniejsze, jakie zna świat. To prawda, że nigdy nieosądzone i wciąż w większości nie upamiętnione. Jest w tym wiele naszej winy, że za mało czynimy dla tej pamięci. Ale nie przeciwstawiajmy tej pamięci europejskim aspiracjom Ukrainy, bo wtedy przeciwstawiamy ją polskiej racji stanu. Ukraina nie pozbawi nas niepodległości, a Rosja może...”


A skąd taka pewność? O ile wiem, to Rosja nie zgłasza do Polski żadnych roszczeń terytorialnych, majątkowych, ani prawnych. Natomiast ten pan, w towarzystwie którego na fotografiach z Majdanu widnieje Jarosław Kaczyński, takie roszczenia oficjalnie zgłasza. Do tych wspomnianych 19 powiatów. Partia Swoboda jest dzisiaj piątą siłą polityczną na Ukrainie, ale jutro może być pierwszą. Jej lider mówi teraz „dziękuję wam Polacy” i polskie media szaleją z zachwytu. Ale żeby jutro nie podziękował wam nożem w plecy.


Myślę, że najciekawsza jest końcówka tekstu europosła Wojciechowskiego. Przekonuje on, że nie trzeba się tak czepiać o ten Wołyń, bo winę za Wołyń ponoszą także Niemcy, którzy jako władza okupacyjna biernie przyglądali się banderowskiemu ludobójstwu. No a z Niemcami się przecież pojednaliśmy! Pan europoseł ujął to bardzo dosadnie: „Jesteśmy z Niemcami w komitywie, choć kat Warszawy Reinefarth, mający na sumieniu nie mniej strasznych ofiar niż UPA na Wołyniu, był tam aż do śmierci szanowanym burmistrzem, deputowanym do landtagu, wziętym adwokatem. Jesteśmy w komitywie, choć filmem „Nasze matki, nasi ojcowie” Niemcy plują na naszą historię i pamięć w cały świat. I powiedzmy sobie szczerze – przymykamy nasze polskie oczy na ten niemiecki zanik pamięci”. No właśnie, to możemy też przymykać oczy i na ukraiński zanik pamięci, a walić po oczach tylko Rosję Katyniem i Smoleńskiem. Czemu nie, skoro wymaga tego racja stanu? Co prawda dalej pan europoseł pisze, że te moralno-historyczne kompromisy z Niemcami poszły za daleko, ale dodaje: „Zdecydowanie postawiliśmy współczesne interesy przed pamięcią o przeszłości, bo polska racja stanu, polski interes narodowy dziś wymaga, by się od Niemców nie odgradzać. I podobnie polska racja stanu wymaga, żeby nie odgradzać się od próbującej uwolnić się spod rosyjskiej kurateli Ukrainy. I nie ma to nic wspólnego z zapomnieniem niewinnie przelanej polskiej krwi na Wołyniu i Podolu. (…) Dlatego dobrze, że Kaczyński pojechał do Kijowa, nie zważając na cień banderowskich czy jakichkolwiek innych, niegdyś wrogich Polakom flag. Pojechał tam po to, żeby polska krew nigdy więcej, w cieniu obcych flag nie była przelewana...”


To bardzo ciekawe panie europośle, że polski interes narodowy wymaga, żeby się od Niemców „nie odgradzać”. Co prawda od wielu polityków PiS, lubiących czasem kokietować patriotyczny elektorat antyniemiecką nutką, słyszałem na antenie Radia Maryja co innego, ale przecież każdy może zmienić zdanie. Odgradzać się trzeba tylko od Rosji, to już wiemy. Twierdzenie, że Ukraina próbuje uwolnić się od „rosyjskiej kurateli” jest nieprawdziwe, ponieważ pod taką kuratela się nie znajduje. To Berlin i Bruksela próbują narzucić Ukrainie swoją kuratelę, a nie Moskwa. Banderowskie flagi nie były niegdyś Polsce wrogie, ale są nadal wrogie i będą zawsze wrogie. Zdumiewa ten brak świadomości co do celów i ideologii ruchu neobanderowskiego u polityka będącego eurodeputowanym. Natomiast stwierdzenie, że Jarosław Kaczyński w cieniu banderowskich flag walczy o to, żeby polska krew nie była więcej przelewana, to już jest – wybaczy pan – ale taniec pijanego.


Sądzę, że pan eurodeputowany Wojciechowski pisząc o tym, że jesteśmy (to znaczy polskie elity polityczne są) w „komitywie” z Niemcami, niechcący napisał prawdę. Prawda jest bowiem taka, że Polska nie prowadzi wobec Ukrainy żadnej samodzielnej polityki, ale jest od 1990 roku rozgrywana w sprawie Ukrainy i Rosji przez USA i Niemcy. To jest główny problem – brak suwerenności polskiej polityki w sprawach wschodnich (i nie tylko). Popieranie banderowców stało się najbardziej gorzkim owocem tego braku suwerenności. Jak zauważył Stanisław Michalkiewicz – polscy mężowie stanu nie zdobyli się nawet na to, żeby powiedzieć w Waszyngtonie: dobrze, będziemy popierać opcję prozachodnią na Ukrainie, tylko niech CIA znajdzie nam innych partnerów niż banderowcy. Nie zdobyli się na to, ponieważ w polskiej polityce funkcjonują marionetki.


I cały pański tekst panie europośle jest właśnie przejawem takiego marionetkowego myślenia. Dlatego niech się pan nie sili na te uzasadnienia, że Rosja odbudowuje imperium itd. itp. Polski establishment polityczny robi po prostu to, co Waszyngton, Bruksela i Berlin mu każą. Polska jest tutaj tylko pionkiem w grze. Z popierania Juszczenki Polska nie odniosła żadnych korzyści, a tylko same straty (sankcje rosyjskie, promowanie przez Juszczenkę ideologii banderowskiej na Ukrainie). Tak samo będzie teraz. Z ewentualnego stowarzyszenia Ukrainy z UE korzyść odniosą wyłącznie koncerny niemieckie, francuskie, amerykańskie etc., które wyrabują i skolonizują ukraińską gospodarkę, tak jak wcześniej polską. Korzyść odniesie także sama biurokracja brukselska, która rozpocznie tam wielką ofensywę światopoglądową przeciwko chrześcijaństwu greckokatolickiemu i prawosławnemu. Polsce natomiast przyjdzie zmagać się z prawdopodobnym odwetem rosyjskim (sankcje gospodarcze) i konsekwencjami wzrostu znaczenia opcji banderowskiej na Ukrainie, ponieważ za plecami pana Kliczki czy Jaceniuka wyrasta jednak pan Tiahnybok i on prędzej czy później zajmie ich miejsce.


Możliwy jest też inny scenariusz – polskie zaangażowanie w kryzys ukraiński pchnie ostatecznie Ukrainę w stronę Rosji, albowiem Janukowycz – który dotychczas prowadził pragmatyczną politykę wobec Rosji – postawiony przez Zachód pod ścianą nie będzie miał innego wyjścia dla zachowania władzy jak całkowite podporządkowanie polityczne wobec Kremla. Najlepiej zatem zrobiliby polscy politycy, gdyby trzymali się jak najdalej od kijowskiego Majdanu. Politykę międzynarodową bowiem prowadzi się w gabinetach, a nie na ulicy. Polityka – jak uczył Roman Dmowski – musi być realistyczna, tzn. powinna dążyć do osiągnięcia celów realnie możliwych. Pragmatyzm w polityce wschodniej nakazywałby dążenie do zachowania jak najlepszych stosunków z Rosją i Białorusią (przede wszystkim gospodarczych, obustronnie korzystnych) i delikatnego wspierania Ukrainy jako samodzielnego bytu politycznego. W tym celu należałoby znaleźć na Ukrainie siły, które z naszego punktu widzenia byłyby użyteczne. Siły, które zneutralizowałby zarówno obóz postbanderowski jak i promoskiewski.


Ze strony polskiej takich działań jednak nie podjęto, ponieważ polska polityka jest niesuwerenna i w kwestiach wschodnich nieodpowiedzialna. Jeszcze lepiej widać to na przykładzie Białorusi. Pod dyktando niemieckich i amerykańskich interesów Warszawa zaangażowała się w obalenie legalnych władz tego kraju i dla osiągnięcia tego celu poświęciła tamtejszą mniejszość polską, która do 2005 roku – czyli do wykreowania Związku Polaków na Białorusi na główną siłę opozycji – cieszyła się pełną swobodą. Jakie korzyści odniosła Warszawa z awantury białoruskiej? Zniszczenie ZPB, zaostrzenie stosunków z Rosją i utrata rynku białoruskiego, na który weszły m.in. firmy niemieckie.


Polską politykę wschodnią trzeba całkiem przemodelować. Można to zrobić tylko wtedy, gdy polska polityka będzie realizować polskie cele. Jednakże najpierw musiałaby się w Polsce pojawić siła polityczna, która potrafiłaby takie polskie cele zdefiniować. Zarówno establishment korowsko-solidarnościowy jak i postkomunistyczny nie jest do tego zdolny.


Bohdan Piętka

Komentarze

avatar andrzej
0
 
 
Ten P.w środku już nam narobił bigosu pakując Polaków w pazury ue.''Ręce precz''od Ukrainy !
Imię/nick *
URL
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
avatar Dianna
0
 
 
Hi it's me, I am also visiting this site regularly, this site is really good and the visitors are truly sharing pleasant thoughts.
Imię/nick *
URL
Kod   
ChronoComments by Joomla Professional Solutions
Wyślij komentarz
Anuluj
Imię/nick *
URL
Kod   
Wyślij komentarz