Start

Sycha: I po Ruchu Narodowym

Gdy zaczynam pisać ten artykuł, wciąż w pamięci mam szumne zapowiedzi o radykalnej zmianie, jakie rzekomo mają nastąpić w kraju wraz ze wzrostem siły Ruchu Narodowego. Równo 2 lata temu pojawiły się pierwsze projekty wewnętrznego referendum na temat ewentualnego udziału RN w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które to przypadały na maj 2014 roku.


Działacze mieli wypowiedzieć się, co do słuszności owego pomysłu. Jak można się było domyślać, szeregi przeciwników takiej drogi politycznej nowopowstającego ugrupowania były spore, większe, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Zarówno w samym ONR, jak i innych organizacjach współtworzących Ruch, liczba przeciwników upartyjnienia działania chyba zaskoczyła głównych decydentów. Bardzo dziwnym ciałem jest słynna rada decyzyjna, organ de facto kierowniczy Ruchu. Oddelegowano do niego działaczy z poszczególnych brygad ONR, dzielnic wojewódzkich MW oraz osoby spoza kręgów nacjonalistycznych (np. Wasiukiewicz, popularny rysownik satyryczny). Proces kompletowania rady przebiegał jednak nieco niejawnie, trudno jednoznacznie powiedzieć, jakie czynniki decydowały o tym, że dana osoba trafi do rady decyzyjnej. Piszę to z perspektywy szeregowego wówczas aktywisty ONR.


Dziś już nie mam cienia wątpliwości że całe to wewnętrzne referendum było jedną wielką ściemą, przeforsowano projekt działania taki, który akurat pasował głównym decydentom RN, osoby krytycznie nastawione wobec takiej decyzji (za przykład niech posłuży Brygada Świętokrzyska ONR, czy niektórzy działacze Związku Żołnierzy NSZ) były delikatnie mówiąc marginalizowane. Natomiast ludzi, którzy mieli dość werwy by agresywniej zamanifestować swoje niezadowolenie z decyzji przywódców RN, zwyczajnie usuwano z szeregów organizacji. Obłuda i hipokryzja. Jeden z głównych liderów Brygady Lubelskiej ONR, z czystego szacunku nie wymienię nazwiska, chociaż wypadałoby to zrobić, podczas przebiegu głosowania w miesiąciach listopad i grudzień 2013, zachował się co najmniej dwuznacznie. Najpierw zachęcał by Ruch Narodowy na wybory do Parlamentu Europejskiego poszedł, następnie podczas głosowania oddał głos przeciw, a gdy jednak pomysł udało się przeforsować, wziął udział w tych wyborach. Dodam tylko, że kandydował paradoksalnie z Kielc, gdzie prawie nikt wyniku referendum nie pochwalił. Kogo mam na myśli, to przypuszczam, że wielu może się domyślać. I jakkolwiek by tłumaczył swoje postępowanie, dziś widać jak pod lupą, że nikt wówczas nie grał czysto i dziś mści się to na Ruchu Narodowym. Powtarzałem wówczas, że tym sposobem RN sam wbija sobie gwoździe do trumny, że nie tędy droga i nie miną dwa lata, jak RN zacznie się sypać i działacze będą skakać sobie do gardeł, bądź co bądź, narodowcy też jednak ludzie i wolni od błędów i pokus nie są. Może ktoś dziś tłumaczyć, że szczytne były cele, ale do realizacji tych celów obrano wyjątkowo kiepską drogę. O czym wówczas również pisałem i mówiłem.


Przy okazji, jeden z działaczy Związku Żołnierzy NSZ, 1 marca br. po Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Lublinie zachwalał wysoką frekwencję i pisał na swojej stronie na facebooku, że „przyszłość należy do nas”. Nie wiem, kogo miał na myśli, pisząc „nas” ale ta przyszłość na pewno nie należy do RN. Na zakończenie, na myśl nasuwają się słowa kawałka „Demokracja”, zespołu Tormentia: gdzie są teraz tamte świnie, co w koryto pchają ryje. Nic dodać, nic ująć. Jeżeli ONR nie oczyści się z ludzi, którzy uczestniczyli w projekcie zwanym Ruch Narodowy, to chęć obrony narodowych ideałów pozostanie tylko pustym frazesem kogoś, kto ucieka z tonącego okrętu. W całym tym zamieszaniu obronną ręką zdaje się wychodzić Marian Kowalski. Istotnie, podjął rozsądne decyzje rezygnując ze startu w wyborach z list Ruchu Kukiza i z członkostwa w RN. Szkoda tylko, że nie zwietrzył oszustwa już 2 lata temu, gdy wielu podświadomie czuło, że kierownictwo RN grało nie fair. Dziś chyba z czystym sumieniem wolno mi stwierdzić, że to ja i tacy jak ja mieli podówczas rację.

Daniel Sycha