Start

Klonowski: Traktat Ryski, czyli wyrok na milionach Polaków z Kresów.

94. lata temu podpisano Traktat ryski. Skazał on na zapomnienie blisko dwa miliony Polaków, pozostawionych na pastwę sowieckiej Rosji za wschodnią granicą Rzeczypospolitej.


„Nie jestem mistykiem. A jednak nie mogę oprzeć się myśli, że jest jakaś nić – straszna i czerwona – która łączy traktat ryski z całą naszą dzisiejszą tragedią. Biegnie ta nić, wije się fantastycznie, niemal kapryśnie, od mogił pomordowanych, a za życia odartych ze skóry ułanów pod Rohaczewem i Niemirowem, od miejsca kaźni pułkownika Mościckiego w borach poleskich, gdzie w trzy lata później wytknięto granicę ryską.


Później biegnie ta nić do sali sejmowej, gdzie zagrzmiały z galerii słowa „Kainie Grabski”. Gubi się ta nić na lat dwadzieścia, by później zabłysnąć krwawo nad Katyniem. Później – nad Wilnem, gdzie „sprzymierzeńcy” likwidowali armię krajową. I wreszcie zatrzymuje się ta nić czerwona wśród wystygłych rumowisk Warszawy. Zatrzymuje się – na jak długo? (…)


Wśród potępieńczych swarów, gdy sęp wyjada nam serca i mózgi, zaczynamy wyrzekać się braci zza Buga, tak jak w roku 1921 wyrzekliśmy się po kainowemu braci zza Dźwiny, Słuczy, Berezyny i Druci. (…)


Traktat ryski nie był nawet katastrofą, bo katastrofy w dziejach narodu nie można przywiązywać do jakiejś chwili. Był tylko objawem, zapewne najjaskrawszym, choroby toczącej myśl polską. Był objawem atrofii racji stanu. Racji opartej na pewnym minimum moralności politycznej. Był objawem raka dojutrkostwa zbudowanego na fałszywym poczuciu bezpieczeństwa. (…)


W polskiej psychice załamał się duch przygody. Wyprawa kijowska, która po dziś dzień irytuje pewnych naszych polityków, zdobycie Mińska, Borysowa i Bobrujska – to ostatnie podrygi ducha przygody.


Od roku 1920 jesteśmy w defensywie.” – napisał Michał Kryspin Pawlikowski w książce „Wojna i Sezon”.



Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że moralnym spadkobiercą traktatu ryskiego był Jerzy Giedroyc ze swoim przekleństwem „trzeba zapomnieć, trzeba wszystko zapomnieć”, rzuconym na Polaków za symbolicznym Bugiem. Miaszmatyczna ideologia, zwana szumnie „doktryną Giedroyca”, skazująca na zapomnienie kolejne dwa miliony Polaków za wschodnią rubieżą Rzeczypospolitej, w wymiarze moralnym niczym się przecież od Traktatu ryskiego nie różni — przehandlowuje bowiem ludzi w zamian za jakąś obietnicę bez gwarancji. W Rydze taką mrzonką były reparacje wojenne, których sowiecka Rosja nigdy nie wypłaciła, u Giedroyca zaś jest nimi zapowiedź bliżej nieokreślonej życzliwości wobec Polski niepodległych państw Ukrainy, Białorusi i Litwy (przy czym największą troską wyznawców Giedroyca zdaje się być to, by państwa te były możliwie najbardziej niezależne od Polski i własnej racji stanu).



Nie bez powodów zaprzedanie duszy w literaturze ma zawsze odium ciężkiej zbrodni. Jakim zatem miazmatem jest ciągły handel tą duszą, w dodatku duszą narodu, a do tego za darmo, jak miało to miejsce w Rydze czy u Jerzego Giedroyca, Księcia na Maissons-Lafitte pod Paryżem?


Rajmund Klonowski


Źródło: www.thepolandtimes.com