Start KZM Konrad Rękas: Cicho o Ługańsku...

Konrad Rękas: Cicho o Ługańsku...

Gdy zimą na Euromajdanie w Kijowie zginęło kilkadziesiąt osób, a drugie tyle zostało poturbowanych – samorząd województwa kipiał oburzeniem, deklarował opłacanie szpitali z kieszeni polskich podatników i słał dary, sprzedawane potem z zyskiem przez przedsiębiorczych Ukraińców. Dziś katastrofa humanitarna dotyka partnerski dla Lubelszczyzny region ługański, gdzie od początku ukraińskiej wojny domowej zginęło już kilka tysięcy cywilów – a Lublin milczy.


 

Zapomniana przyjaźń



Umowę o partnerstwie z obwodem ługańskim podpisano przed laty, a przypieczętowało ją m.in. powstanie sadu przyjaźni, wymiana misji agrospożywczych i rolniczych, udział strony polskiej w odbudowie soboru w Ługańsku, a także kolejne porozumienia innych samorządów regionu (jak powiat krasnostawski). Ostatnio kontakty nieco zamarły, a wraz z wybuchem wojny – ustały zupełnie. Czy jednak Sejmik lubelski nie mógłby się upomnieć o pokój u naszych sąsiadów, a marszałkowie dopytać partnerów, czy czegoś (np. leków) im w tak dramatycznej sytuacji nie trzeba? Zwłaszcza w sytuacji, gdy swą pomoc humanitarną ślą już na Ukrainę Rosjanie (i wbrew histerii mediów z Polski nie okazała się ona ani „konwojem trojańskim”, ani wyprawą grabieżczą – tylko ratowaniem życia i zdrowia ługańskich cywili...).



Nie widzą problemu



Zarząd Województwa Lubelskiego wydaje się nie rozumieć problemu. - Jakkolwiek znane są nam napływające z mediów informacje o sytuacji ludności w partnerskim obwodzie ługańskim, Samorząd Województwa Lubelskiego nie planuje kierowania tam pomocy humanitarnej. Byłoby to bardzo trudne zarówno ze względów logistycznych (ponad 1,4 tys. km.), jak i finansowych. Nie są nam również znane inicjatywy innych podmiotów, w których to inicjatywach moglibyśmy wziąć udział – rozkłada ręce Beata Górka, rzeczniczka marszałka. Podobnie samorząd ani zająknął się ani razu o utrudnieniach na lubelskich polsko-ukraińskich przejściach granicznych, blokowanych cyklicznie przez ukraińskie kobiety protestujące przeciw poborowi ich synów i mężów na wojnę na Wschodzie. A wojna jest już coraz bliżej naszych granic – o czym tak dotkliwie przekonują się choćby lokalni sadownicy i producenci żywności... Wygodniej jest jednak milczeć.



Bójka o pokój



Krzyki natomiast słychać na lubelskich ulicach. Nie doszło do zaplanowanej na sobotę manifestacji antywojennej przed konsulatem Ukrainy. Oficjalnie zgłoszona przez działaczy narodowego Obozu Wielkiej Polski – została zakłócona przez grupę Ukraińców i skończyła się w zasadzie jeszcze przed rozpoczęciem. Janusz Konik z OWP zdążył jedynie na placu Litewskim odczytać apel o nieangażowanie Wojska Polskiego w konflikt na wschodzie Ukrainy, a także protest przeciw atakowaniu przez siły ukraińskie celów cywilnych, w tym miast (takich jak partnerski dla Lubelszczyzny Ługańsk). Nagle do kilkudziesięcioosobowej pikiety podeszło kilku mówiących po ukraińsku mężczyzn, których uwagę zwróciły zapewne trzymane przez organizatorów flagi separatystycznych republik ludowych. Doszło do awantury i szarpaniny. Policja nie awanturowała, jednak w obawie przed eskalacją – manifestacja została oficjalnie zamknięta i zakończona, choć jej faktycznym końcem było dopiero wylądowanie połamanych przez napastników transparentów w fontannie. Postawą stróżów prawa oburzeni byli zwłaszcza uczestniczący w pikiecie Kresowianie, podkreślający, że za wojnę domową na Ukrainie odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim tamtejsze agresywne środowiska nacjonalistyczne, odwołujące się do ideologii Stepana Bandery. Jak widać po wydarzeniach w Lublinie – emocje, które doprowadziły do tak tragicznych wydarzeń na Wschodzie, dotarły już także do naszego miasta.



Konrad Rękas


Źródło: www.lublin.com.pl

Komentarze

Imię/nick *
URL
Kod   
Wyślij komentarz