Start LOS Brudna kasa polityków

Brudna kasa polityków

Po tym jak media opublikowały fragment wywiadu z Pawłem Piskorskim, byłym prominentnym działaczem PO i bliskim współpracownikiem Donalda Tuska, w którym twierdzi on, że Kongres Liberalno-Demokratyczny był finansowany przez niemiecką CDU, wybuchła wielka wrzawa na polskiej scenie politycznej.

Politycy z opozycji, dający wiarę jego wynurzeniom, domagają się powołania specjalnej komisji śledczej, która miałaby zbadać patologie polskiego życia partyjnego w ciągu ostatnich 25 lat, no może poza SLD umoczonym niegdyś w podobne geszefty. Przedstawiciele partii rządzącej, co zrozumiałe, starają się natomiast za wszelką cenę zdezawuować rewelacje byłego kamrata i przedstawić go jako niewiarygodnego, twierdząc, że jest to zemsta za wyrzucenie go z Platformy i element brudnej kampanii wyborczej. Przyznaję, że moment nie był zbyt szczęśliwy, bowiem akurat toczyła się kampania do Parlamentu Europejskiego, a sam Piskorski kandydował z list Komitetu Europa Plus-Twój Ruch, który walczył o przetrwanie i chwytał się wszystkich sposobów, aby zaszkodzić konkurentowi. Ale czy to czyni ujawnione informacje niewiarygodnymi? Wątpię, ponieważ Piskorski jest doskonale poinformowany o kulisach funkcjonowania KL-D, był w końcu sekretarzem generalnym i wiceprzewodniczącym tej partii. Poza tym raczej zdaje on sobie sprawę z wagi zarzutów wobec kliki obecnego premiera i ewentualnych konsekwencji swoich słów. O ich prawdziwości świadczyć mogą dziwne reakcje Tuska i jego otoczenia. Premier wyraźnie kręci i unika jasnej odpowiedzi na stawiane zarzuty, jego partia nabrała wody w usta, a Piskorskiemu nie wytoczono sprawy sądowej o zniesławienie. Sprawca tego zamieszania twierdzi natomiast, że ma twarde dowody i deklaruje, że przedstawi odpowiednie dokumenty przed sądem lub komisją śledczą, gdyż „wymagają merytorycznej oceny, także prawdziwości podpisów, które tam widnieją”.

Ujawnione informacje na temat finansowania KL-D przez niemiecką CDU słusznie bulwersują opinię publiczną, ale należy przypomnieć, że nie był to jedyny tego typu przypadek, gdy obce czynniki wspierały finansowo „polskie” partie polityczne. W styczniu 1990 r. Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego przekazała PZPR pożyczkę (z zasobów KGB), w wysokości 1,2 mln dolarów amerykańskich, z przeznaczeniem na sfinansowanie utworzenia SdRP i wydawanie „Trybuny”. W obu przypadkach można się łatwo doszukać wielu podobieństw, mianowicie „moskiewska pożyczka”, tak jak „berlińska” miały miejsce na początku tzw. transformacji ustrojowej, gdy upadł PRL i tworzono zręby III Rzeczypospolitej. W obie afery byli zamieszani prominentni działacze SdRP (Leszek Miller) i KL-D (Donald Tusk i Jan Krzysztof Bielecki), którzy stworzyli swoje partie i zapewnili im sukcesy wyborcze za obce pieniądze, a dzisiaj pełnią najważniejsze funkcje w naszym państwie. W obu przypadkach złamano też obowiązujące prawo i najpewniej liderzy PO unikną konsekwencji karnych, podobnie jak ich lewicowi odpowiednicy, którzy po dojściu SdRP do władzy w 1993 r. umorzyli śledztwo w sprawie nielegalnego finansowania ich ugrupowania.

Proceder finansowania partii z podejrzanych źródeł nie jest tylko Polską specjalnością, jest natomiast bardzo rozpowszechnionym zjawiskiem w Europie Zachodniej. Wspólną cechą afer związanych z finansowaniem polityki jest bezkarność ich głównych „bohaterów”. Najgłośniejszą była sprawa niemieckiego kanclerza Helmuta Kohla, który w 1998 r. odchodził z polityki w atmosferze wielkiego skandalu. W Niemczech rozpętała się polityczna burza, gdy wyszło na jaw, że „kanclerz jedności Niemiec” stworzył system niezgodnego z prawem finansowania kierowanej przez niego partii CDU – tzw. „czarnych kas”, do złudzenia przypominający metody stosowane przez gangsterów piorących brudne pieniądze. Kohl, pomimo tego, że odmówił prokuratorom wskazania sponsorów swojej partii, nie poniósł żadnych konsekwencji karnych, a prokuratura umorzyła śledztwo, gdy zgodził się on na zapłacenie grzywny w wysokości 300 tys. marek. Kiedy zaś we wrześniu 1998 r. kierowana przez niego koalicja rządowa przegrała wybory, „nieznani sprawcy” zniszczyli w Urzędzie Kanclerskim większość dowodów jego finansowych machinacji.

Ujawnione przez Piskorskiego informacje mają wielkie znaczenie, ponieważ odsłaniają kulisy „robienia polityki” w dzisiejszej Polsce i tak jak wcześniejsza afera związana z „moskiewską pożyczką”, pokazują jak pewne partie, które zawłaszczyły nasze państwo i „zabetonowały” polską scenę polityczną, zostały od samego początku „zaprogramowane” na szkodzenie naszym narodowym interesom i wysługiwanie się obcym ośrodkom decyzyjnym. Jak bowiem inaczej można zinterpretować prorosyjską postawę SdRP, a potem SLD, czy serwilizm Donalda Tuska i jego kompanów z KL-D (obecnie z PO) wobec niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, która jest przecież następczynią Helmuta Kohla w CDU i doskonale orientuje się w kulisach finansowania tuskowej „drużyny”. Branie kasy od partii wywodzącej się z innego państwa jest aktem zdrady narodowej i przypomina karygodne praktyki stosowane przez targowiczan w XVIII wieku, które walnie przyczyniły się do upadku Rzeczpospolitej. Nikt w polityce, tym bardziej międzynarodowej, nie rozdaje pieniędzy za darmo, zazwyczaj oczekuje się w zamian, że podejmowane przez beneficjenta decyzje będą korzystne dla sponsora. Dlatego trudno jest uwierzyć w to, że Niemcy dali pieniądze KL-D za darmo. Najprawdopodobniej liderzy tej partii zaciągnęli wtedy jakieś zobowiązania wobec CDU, a dzisiejsza ich postawa, charakteryzująca się służalczą uległością w stosunku do niemieckich interesów, tak w Polsce, jak i w Unii Europejskiej, zdaje się to potwierdzać.

Sprawcy obu afer związanych z tzw. „pożyczką moskiewską” i „berlińską” powinni stanąć przed Trybunałem Stanu, ponieważ branie pieniędzy z zagranicy na rozwój struktur politycznych ich partii jest bardzo poważnym przestępstwem i działalnością na rzecz obcego państwa. Fakt, że „polską” lewicę budowały pieniądze z Moskwy, a jedną z głównych partii centroprawicowych pieniądze z Berlina, jest nie tylko skandaliczny, ale i karygodny. Jednak nie wierzę w to, że powstanie teraz jakakolwiek komisja śledcza mająca wyjaśnić kulisy tego przestępczego procederu. Tym bardziej żaden z winowajców nie stanie przed sądem, ponieważ do tego potrzeba woli politycznej, a jak wiadomo sprawcy tych afer nie mają w tym żadnego interesu. A nawet, gdyby podjęto obecnie jakąś próbę wyjaśnienia tych spraw, to rządzący Polską politycy, będąc sędziami we własnej sprawie, zatuszują swój udział w bulwersujących nas aferach. Dlatego, aby wymierzyć im sprawiedliwość należy najpierw odsunąć od władzy szkodników, którzy rządzą naszym krajem.

Wojciech Podjacki

Artykuł ukazał się w „Polskim Szańcu” 2/2014.

Komentarze

Imię/nick *
URL
Kod   
Wyślij komentarz